Ustawę Izby Reprezentantów, która ma osłonić gospodarstwa domowe przed kosztami energii zużywanej przez centra danych, większość czytelników wrzuci do szuflady „Waszyngton bierze się za AI”. To błędne odczytanie. Ustawa nie ogranicza ani tego, ile energii może kupić centrum danych, ani tego, ile za nią zapłaci. Robi jedną rzecz: wymusza, by koszt obsługi bardzo dużego odbioru obciążał ten odbiór, a nie rozkładał się po rachunkach odbiorców indywidualnych. Dla regulowanych spółek energetycznych, które budują pod ten odbiór, to nie jest ograniczenie. To ugoda polityczna, na którą czekały.
Wiążące ograniczenie planów inwestycyjnych spółek energetycznych w ostatnich dwóch latach nigdy nie było fizyczne. Transformatory są trudno dostępne, ale da się je zamówić. Brygady monterskie są trudno dostępne, ale da się je zatrudnić. To, co naprawdę hamuje pięcioletni plan inwestycyjny, to stanowa komisja regulacyjna, która go nie zatwierdzi, a komisje robiły się nerwowe z prostego powodu: rachunki gospodarstw domowych rosły w tym samym czasie, gdy nagłówki obwieszczały nadejście hyperscalerów. Regulator przed cyklem wyborczym i z wściekłymi odbiorcami na karku ma wszelkie powody, by przyciąć capex, zlecić przegląd zasadności nakładów albo przerzucić ryzyko kosztów osieroconych z powrotem na spółkę. To właśnie to ryzyko, a nie popyt, sprawiało, że rynek wyceniał te plany inwestycyjne z dyskontem.