Od dwóch lat cała uwaga rynku wokół europejskiego dozbrojenia skupia się na sprzęcie ciężkim: czołgach, haubicach, amunicji, systemach obrony powietrznej. Tymczasem informacja o tym, że liczebność Bundeswehry rośnie pierwszy raz od trzynastu lat, dotyka zupełnie innej linii budżetowej. Niemcy uruchomiły nowy model służby wojskowej i publicznie celują w armię rzędu 260 tysięcy żołnierzy zawodowych, do tego znacznie szerszą rezerwę. Podobny ruch, choć na mniejszą skalę, robią kraje nordyckie i bałtyckie. Każdy nowy etat to nie ułamek czołgu, tylko konkretny, natychmiast potrzebny komplet wyposażenia osobistego.
Mechanizm jest banalnie prosty i właśnie dlatego jest przeoczany. Wydatki na platformy są funkcją liczby programów i rozciągają się na dekadę: kontrakt podpisany dziś zamienia się w przychód dostawcy za trzy do siedmiu lat. Wydatki na wyposażenie indywidualne są funkcją liczby ludzi w mundurze i realizują się w miesiącach, bo to w większości produkty katalogowe kupowane w ramach umów ramowych. Noktowizja nahełmowa, hełm z systemem montażu, ochrona balistyczna, radiostacja osobista, sprzęt do szkolenia. Armia, która rośnie o kilka procent rocznie i jednocześnie wymienia sprzęt z lat dziewięćdziesiątych u tych, którzy już służą, generuje popyt rosnący dużo szybciej niż sama liczba żołnierzy.